Pierwszy koniec świata miał być, pamiętam, w dwutysięcznym: dokładnie pierwszego stycznia, o godzinie zero-zero-zero-zero. Bo, co oczywiste, zmierzch starego wieku, nowe millenium i tak dalej. Rysowałem w związku z tym komputery z zębami i wielkie wybuchy, wiadomo, data przełomowa, wypadałoby być gotowym. Ale potem zebrało się kilku mądrych, po czym stwierdzono kolektywnie, że ci, co się bali, to banda gałganów, bo rokiem, otwierającym kolejne tysiąclecie tak właściwie będzie dwa tysiące pierwszy, a te strachoputy nie potrafią liczyć. Tym razem trzydziesty pierwszy grudnia, godzina jedenasta, minut pięćdziesiąt dziewięć.
Narzekałem strasznie jako dziecko na te podłe machinacje, które kosztowały mnie kolejne psychiczne przygotowania do wielkiego końca, nerwowe biegunki, ale cóż było robić, poza pogodzeniem się z nieuchronnym? Tandetna, zielona świeczuszka z napisem „1999” zużyła się szybko, a oczekiwana tragedia odkładała w czasie. Raz, drugi, trzeci. Najbliższa obecnie data to dwa tysiące dwunasty. Niemniej i tutaj nikt nie jest zgodny – opieramy się na kalendarzu Majów? Liczymy na przemagnesowanie biegunów? A może trzaśnie w nas znienacka planeta, której dziwnym trafem nikt nie zaobserwował?
Taka to historia o tym, jak to już dziesięć lat temu prawie miały być świata dwa końce, a w końcu nie było końca żadnego. Notabene, kto by się przejmował takimi pierdołami, gdy jednocześnie słyszy z telewizorni o emeryturze boskiego Schulza? Tego od Fistaszków. Ale to nieważne, to dygresja taka, bo przyznam się wam w sekrecie, że dopiero dzisiaj dowiedziałem się, jak naprawdę będzie wyglądała ostatnia dekada wszystkiego, co znamy. Kochani, to będzie nieduża, czarna kropka.
Oświeciło mnie w windzie. Między jednym Weil! a Weil! drugim, przekopywałam się oczami przez reklamy, kolejno: TelePralni, TelePizzy, kwiaciarni Glorioza (Odkąd ta paskudna tablica pojawiła się na ściance jestem zdania, że podobna nazwa bardziej pasuje do zakładu pogrzebowego albo nieuleczalnej choroby, która kończy się dość paskudnie krwawiącymi guzami dymienicznymi), by ostatecznie zatrzymać się na ogłoszeniu firmy przewozowej, gwarantującej usługi wręcz fantastycznie streszczające się w jej haśle: Wypiłeś na imprezie? Odprowadzimy Twój samochód.
Skąd w takim razie czarna kropka? Z umiłowania do uproszczeń; wszak wszystko staje się, przynajmniej hipotetycznie, coraz łatwiejsze: nie musisz się pilnować, odprowadzimy twój samochód, przepiszemy ci piguły, wsadzimy ci dwa palce w gardło. Chlej, ile chcesz, pieprz się, gdzie popadnie, żryj do zarzygania, będzie spoko. Prostują się wymagania, zasady ortografii, potem związki chemiczne, związki niechemiczne (Och, on popełnił błąd, to koniec, ja przecież nie mogę z nim być, jestem zbyt unikatowa na kompromisy!), zwierzęta, psychologia, plan miasta, koryta rzek, kolory, ludzie, ziemia, wszechświat, czas, coraz prędzej i prędzej. Nie umieramy w wielkim bum, nie ma rewolucji, jak zawsze przyzwyczajamy się do tego, w jakich warunkach przyszło nam żyć. Upraszczamy się tak bardzo, że zostaje pojedynczy czarny punkt.
Który jakiś czas później prawdopodobnie wybuchnie.
Zrób sobie opowiadanie, vol.1
(czyli O śmierci T. Reści z rąk F. Ormy)
1. (początek)
a) - Piękna mamy pogodę, nieprawdaż? – zapytał ją, poprawiając z pozoru nonszalanckim ruchem wyleniały już dawno melonik.
b) – Piękno budzi niezgodę – stwierdził, zwijając poranną gazetę i dopijając z lekka ostygłą już kawę.
c) – Parę sandałów z miodem! – gromko krzyknął w kierunku cokolwiek oderwanego od rzeczywistości kelnera, zajętego akurat poprawianiem rozdzielonych przez wiatr połów fraczka. Jego towarzyszka pokiwała głową, wyrażając najgłębsze zrozumienie męskiej mentalności – Może masz ochotę? – zreflektował się. Niestety, już po złożeniu zamówienia. A cała obsługa, jak na złość, poleciała nieco wyżej.
2. (autor serdecznie poleca wybranie tego, co najgłupsze)
a) - Ach, tak! – odpowiedziała żywo, nieco zbyt entuzjastycznie nawet, jak stwierdził, spoglądając z ukosa. Po chwili jednak rozpromienił się: na jej twarz wypłynął wyraz niewyrażalnego zmartwienia – Strasznie wieje, swoją drogą. Do szczętu popsuje mi fryzurę, co ja wtedy zrobię?
b) – Może - Nie mogła mu odpowiedzieć inaczej, ani w żaden z pozostałych sposobów skomentować jego słów. Będąc nieuleczalnie wyniosłym dandysem płci żeńskiej nie reagowała niczym konkretnym na: truizmy, coelhizmy, banały, przepatetyzowane frazesy, small talk, exposé polityków. Nie mogła. Jeden nieprzemyślany ruch i cały ten dopracowany wizerunek rozsypie się w proch. Zostanie prosię, w liczbie jednego, rozjechane i kwiczące nieludzko na lodzie. Oto, co zostanie.
c) – Ach, nie! – krzyknęła – to niemożliwe! Ja sobie coś zupełnie innego założyłam!
3. (wskazówka – wysoce pożądanym jest, by bohater wypowiedział się w sposób z początku nieartykułowany)
a) – Aaaaa! – jęknął - Znowu to samo: kulturalnie kurtuazyjna konwersacja kontra kobiece kłopoty.
b) – Ooooo! – krzyknął – Ooooo! – oniemiał, obrzucając zasłony grupą samogłosek.
c) – Iiiiiii! – kwiknął – Kobieto, Ty się uspokój i ukierunkuj, bo ja na jakieś krzyki, piski, fryzury, czy tam inne mentalne błoto damskie nie mam czasu, gdyż, jak widzisz, w tak zwanym międzyczasie czytam gazetę codzienną „Kurjer”, szalenie poważną – dokończył już normalnym tonem, powracając do lektury.
4. (triumf wyrozumiałości; wybory nie będą dłużej potrzebne)
a) Może gdyby F. Ormie i T. Reści dano nieco więcej czasu, ich kostropaty związek nabrałby nieco bardziej wymiernego kształtu. Prawdopodobnie. Tymczasem jednak nikt na górze, ani na dole nie był na tyle łaskawy, by zająć stanowisko po lewej lub prawej stronie, w związku z tym oboje, zorientowawszy się, iż ich rozmowa zaczęła się mniej więcej w połowie, a skończyła w ¼ drogi pomiędzy ziemią a szczytem klifu, uderzyli o ziemię z rozbryzgiem.
b) = a)
c) = b) = a)
5. (rozwiązanie)
a) Jeżeli przeważają odpowiedzi a – Na przyszłość radzimy wybierać więcej odpowiedzi b i c.
b) Jeżeli przeważają odpowiedzi b – Na przyszłość radzimy wybierać więcej odpowiedzi a i c.
c) Jeżeli przeważają odpowiedzi c – Na przyszłość radzimy wybierać więcej odpowiedzi a i b.